Za jakość, czy za papier? (2)

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

W drugiej części debaty z cyklu „Polska szkoła 2030. Oczekiwania i możliwości”, jaka miała miejsce w redakcji miesięcznika „Edukacja i Dialog” rozmowa dotyczy spraw fundamentalnych dla systemu oświaty: Karty Nauczyciela, roli ministerstwa, wpływu polityki i związków zawodowych na edukację oraz jakości debaty publicznej na temat polskiej edukacji.PHOTO: SXC.HU

Anna Raczyńska: Jak należy ocenić pochodzącą sprzed 20 laty Kartę Nauczyciela? To jest dokument, który wspiera aspiracje najlepszych, najbardziej kreatywnych nauczycieli, czy raczej ich demotywuje?

Jolanta Gałczyńska: Nauczyciele stanowią kilkusettysięczną grupę zawodową, która ze względu na swoją specyfikę musi mieć kodyfikację reguł obejmujących prawo pracy, kompetencje, drogę awansu i rozwoju zawodowego. I to zawiera Karta Nauczyciela. Nie można uprawiać anarchii.

Halina Kurpińska: Karta Nauczyciela jako wsparcie lub przeszkoda to temat zastępczy. Jestem święcie przekonana, że zniesienie zapisów, które ona zawiera nie wprowadzi w edukacji utęsknionej szczęśliwości, tylko jeszcze bardziej ją zagmatwa.

Ligia Krajewska: Karta Nauczyciela jest mało nowoczesnym darem lat 80. Mamy ponad 50 procent nauczycieli dyplomowanych, a ostatnie badania ujawniły, że szkoła, która ma ich najwięcej, osiąga słabe wyniki w egzaminach zewnętrznych. Zatem coś jest nie tak z drogą awansu. To może oznaczać, że nauczyciel do pewnego momentu ma motywację, a od pewnego jej nie ma. Trzeba skończyć ze zbieraniem dokumentów do teczek i pomyśleć nad rozwiązaniami, które dadzą przywileje nauczycielom dobrym. Trzeba pomyśleć o sposobach przyciągania absolwentów uczelni pedagogicznych. I to jest między innymi zadanie związków zawodowych. Karta Nauczyciela nie jest samym złem. Wymaga jednak głębokiego przemyślenia i nowelizacji.

Wojciech Starzyński: Zaczęliśmy dyskusję od przypomnienia, że zmianom w edukacji musi towarzyszyć akceptacja społeczna. Z przykrością jednak odnoszę wrażenie, że przede wszystkim jest jej potrzebna akceptacja jednej grupy zawodowej, która w sposób nieuprawniony uzurpuje sobie prawo do arbitralnego decydowania o wszystkim co dotyczy oświaty. Tymczasem dyskusja, jaka się przetoczyła w Polsce w ciągu ostatnich dni, jednoznacznie pokazuje czego oczekuje polskie społeczeństwo. Otóż ono jest bardzo zróżnicowane i oczekuje podobnej różnorodności w systemie oświaty. Oczekuje, że będą szkoły prowadzone przez samorządy lub spółdzielnie nauczycielskie i szkoły prywatne. Że będą szkoły z dominującą rolą rodziców i szkoły dyrektorskie. W obliczu tak dużego zapotrzebowania na szeroki pluralizm, nie można dążyć do unifikacji, budowania jednego modelu.

Domicela Kopaczewska: Jako nauczyciel, dyrektor szkoły i kurator przechodziłam przez wszystkie procedury związane z reorganizacją sieci szkół i likwidacją części placówek. Pamiętam, że pod koniec lat 90. był autentyczny ruch na rzecz edukacji. Niestety, biurokratyczne przepisy tę aktywność zatrzymały. Chcemy budować społeczeństwo obywatelskie, ale kiedy trzeba wprowadzać niezbędne ku temu mechanizmy, mówimy stop. Pora więc zdefiniować co to znaczy społeczeństwo obywatelskie i zdecydować: ile państwa w szkole? Nikt nie ma wątpliwości, że państwo winno czuwać nad jakością edukacji, ale nie może jej na co dzień prowadzić.

Ligia Krajewska: Rzecz w tym, że rodzice oczekują od ministerstwa wielu szczegółowych decyzji. Pytają nawet jak powinny wyglądać szafki na buty. Zgadzam się więc z postulatem pani poseł, ale poszłabym dalej. Za określeniem: ile państwa w szkole, musi pójść praca nad odblokowaniem wielu przepisów. Zwłaszcza tych, które hamują społeczną aktywność. Kiedy 20 lat temu pozwolono nam zakładać szkoły, uczyliśmy się na własnych błędach. I to była najlepsza droga nie tylko do przejmowania szkół, ale także wdrażania uczniów do współdziałania i współodpowiedzialności nawet w drobnych sprawach. Inaczej nie pokażemy naszym dzieciom jaka to wartość.

Anna Raczyńska: Czy nie mają Państwo wrażenia, że polska edukacja jest miejscem eksperymentów? Każdy minister próbuje wnieść coś nowego. Pytanie, czy w ten sposób system jest usprawniany, czy destabilizowany. I co trzeba zrobić, aby uwolnić polską oświatę od działań, które jej szkodzą i oddalają od wyznaczonego celu?

Iwona Majewska-Opiełka: Pierwszą rzeczą jest odpolitycznienie szkoły. Nie może być tak, że przychodzi ekipa raz z prawa, raz z lewa i wprowadza zmiany. Dezorganizuje to, co było dotąd. Trzeba mieć wizję społeczną i narodową, a nie polityczną. Trzeba oddać szkoły ludziom, a nie partiom. I to jest pierwsza sprawa. Drugą natomiast, jest potrzeba szeroko rozumianej psychologizacji nauczania, czyli wyposażenia nauczycieli nie tylko w wiedzę, ale również kompetencje i umiejętności. Aby tak się stało, potrzebne są – sprzężone ze szkołą- uniwersytety dla nauczycieli. Miałam okazję widzieć jak funkcjonuje ten system w Holandii, która przoduje w wielu edukacyjnych obszarach. I zapewniam, że działa perfekcyjnie. Uniwersytety, szkoły, Ośrodki Doskonalenia Nauczycieli nie żyją sobie a muzom, tylko odpowiadają na konkretne potrzeby szkoły. Współpracują z prywatnymi firmami. W Polsce obudowane jest wszystko biurokracją. Czy ludzie z wiedzą, przedsiębiorczy i kreatywni mogą się włączyć w ten sformalizowany skostniały nurt jakim jest polska edukacja? Jeśli się tego nie odblokuje, nie mamy co myśleć o transformacji i nowoczesności polskiej szkoły.

Halina Kurpińska: Ostatnie 20 lat, to rzeczywiście częste zmiany ekip politycznych i ingerencja w wiele sfer bez analizy tego, co było wcześniej. To buduje złą aurę wokół całej edukacji i zniechęca nauczycieli. Rzeczą potrzebną dla budowy edukacji w roku 2030 jest więc stabilizacja. Krokiem, który może ją zapoczątkować jest natychmiastowa zmiana systemu kształcenia nauczycieli oraz wzrost nakładów na edukację.

Domicela Kopaczewska: Nie zgadzam się z tym, że każda ekipa buduje od początku. Tak się składa, że w 1998 roku wdrażałam z ministrem Handke reformę edukacji i gdyby obecne rozwiązania nie były kontynuacją tego co dobre, a modyfikacją tego co się nie sprawdziło, nie byłabym tak w sprawy oświaty zaangażowana. Aby jednak edukacja mogła spełnić swoją misję, oprócz demokratyzacji, decentralizacji i zmiany systemu kształcenia nauczycieli, potrzebuje większych nakładów, które muszą być kierowane w to miejsce, które podnosi jakość edukacji i promuje najlepszych nauczycieli.

Wojciech Starzyński: Polsce potrzebna jest dziś pilnie szeroka debata o edukacji. Korzystając z okazji ponawiam apel do ministerstwa, bo mimo podejmowanych prób, dotąd jej nie zainicjowano, co z przykrością stwierdzam. To sprawa pierwsza. Druga zaś dotyczy zmiany sposobu kształcenia nauczycieli. Otóż w ostatnich dwudziestu latach nie było takiego spotkania, czy konferencji edukacyjnej, na której by się o tym nie mówiło. Niestety, bez efektu. W związku z powyższym należy wprowadzić mechanizmy powodujące, że każdy nauczyciel chce się kształcić, a nie, żeby państwo wymuszało na nim dokształcanie. Sądzę, że wówczas szkoła będzie nie tylko odpowiadać na wyzwania świata zewnętrznego, ale będzie je również stawiać.

Jan Fazlagić: Potrzebujemy debaty, ale zdecydowanie musimy zmienić filozofię jej budowania. Odnoszę bowiem wrażenie, że większość dyskusji o oświacie ma jedną platformą informacyjną, jedno informacyjne zasilanie, a jest nim TVN 24. Debatę inicjują zazwyczaj wydarzenia typu: uczniowie znęcali się nad nauczycielem, a ton nadaje jej ten, kto ma większą siłę przebicia i większe umiejętności retoryczne. Jeśli chcemy rzeczowo rozmawiać o konkurencyjności gospodarki i społeczeństwie opartym na wiedzy, a jest to nieuniknione, powinniśmy czerpać z filozofii zarządzania zwanej „New public management.” Mamy tu jednak pewien dylemat. Otóż oświata to relacje społeczne. Trzeba więc połączyć relacje rynkowe ze społecznymi. I to jest problem, z którym musimy się zmierzyć.

Jolanta Gałczyńska: Podpisuję się pod wieloma wskazanymi przez państwa propozycjami. Dodam jednak, że nowoczesna szkoła musi przeformułować zasady współpracy ze społecznością lokalną i organizacjami pozarządowymi, bo tu jest również pole kształtowania oczekiwanych postaw prospołecznych i obywatelskich. Bez wątpienia też potrzebuje ona większych nakładów finansowych. Tymczasem statystyka jest jednoznaczna – w 2002 roku wynosiły one 3,51 procent PKB, w tym zaledwie 2,57.

Iwona Majewska-Opiełka: Zwiększanie nakładów na edukację nie przekłada się bezpośrednio na wzrost jej jakości. To zostało udowodnione. Wspomina o tym nawet Raport „Polska 2030”.

Krystyna Szumilas: Przypomnę, że uchwalona w 1991 roku rewolucyjna ustawa o oświacie oddawała szkoły w ręce samorządów terytorialnych i pozwalała na tworzenie oświaty niepublicznej oraz publicznej, prowadzonej przez inne podmioty. Zmiany, które przez ostatnie 20 lat wprowadzały kolejne rządy, to nic innego, jak albo oddawanie kawałka tej oświaty w ręce administracji centralnej, albo jej zabieranie. Zatem fundamentalny dylemat, jaki musimy rozstrzygnąć, i dla którego próbujemy szukać zgody społecznej, to decentralizacja edukacji w sferze zarządzania oraz – co bardzo ważne – także w procesie nauczania. Innymi słowy – minister określa ogólne zasady i kontroluje efekty nauczania, natomiast dyrektor szkoły, nauczyciel mają swobodę jego kształtowania. Jeśli więc chcemy zgody narodowej i stabilizacji, to musimy te podstawowe kierunki określić i wdrożyć. Ale właśnie tutaj zaczyna się walka polityczna. Walka o to ile oddać, ile zabrać? W Szwecji, Finlandii gdzie samorządy lokalne zarządzają edukacją, związki zawodowe nie dyskutują z ministrem o podwyższaniu wynagrodzeń. One dyskutują z przedstawicielami samorządu terytorialnego. I to jest droga, jaką musimy pójść.

Ligia Krajewska: Decentralizacja powinna również objąć wynagrodzenia dla nauczycieli. Jeśli społeczeństwo ma zarządzać oświatą i się z nią identyfikować, musi mieć instrumenty finansowe i prowadzić politykę płacową według własnych możliwości oraz oceny kompetencji nauczyciela. To jest też zawód wymagający ciągłego dokształcania. Świat się zmienia, uczeń się zmienia i nauczyciel musi za tymi zmianami podążać. Dlatego pilnie trzeba określić nowe zasady awansu zawodowego. Powinien on być efektem jakości pracy, a nie ilości zebranych do teczki papierów. Pomocne tu będą związki zawodowe, od których oczekujemy jednak myślenia do przodu.

Prowadząca debatę, Anna Raczyńska, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „Edukacja i Dialog”.

(Źródło: miesięcznik Edukacja i Dialog)

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie