Neurobiolog w szkole i oczywistości, które wymagają wsparcia

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Temat, wchodzącej do naszych szkół i świadomości nauczycieli, neurodydaktyki zaczyna rozgrzewać serca i umysły. To dobrze, bo w szkole nic nie robi więcej szkód niż stagnacja i przekonanie, że istnieje jeden sposób widzenia jej problemów. Źle, ponieważ sama neurodydaktyka zaczyna być postrzegana jako rozwiązanie. Zmian, jeśli oparte są na racjonalnych podstawach, trzeba zawsze bronić a ludzi mających odwagę je proponować, wspierać. Trzeba jedynie uważać, żeby samo dążenie do zmiany nie zdominowało tego, co chcieliśmy osiągnąć przez ich wprowadzenie.fot. Fotolia.com

Spojrzenie na człowieka z punktu widzenia oczywistego faktu, że jesteśmy gatunkiem biologicznym, nie jest ani nowe, ani specjalnie odkrywcze, zaś myślenie o szkole jako o miejscu transferu kultury ma swoją historię i są w niej zarówno niepodważalne, wspaniałe osiągnięcia jak i straszliwe błędy, które całe pokolenia spychały w przepaść nonsensownych zaleceń, szkodliwych praktyk i pozamerytorycznie uzasadnianych „prawd absolutnych”. Znajomość dyskursu sprzyja mu, ale też często ogranicza jeśli pomylimy rzeczywistą wartość głoszonych tez z siłą paradygmatu. Każda dyscyplina nauki i praktycznie każda ludzka aktywność cierpi na te same przypadłości. Nawiasem mówiąc, da się to wyjaśnić w kategoriach zmian rozwojowych w ludzkim mózgu.

Można uważać, że nieznajomość dorobku psychologów od czasu wyłonienia się tej dyscypliny nauki do teraz uniemożliwia wyciąganie wniosków z przekazu neurobiologów zwracających uwagę na dydaktyczne konsekwencje swoich odkryć. Jednak nie można nie zauważać, że podobne zastrzeżenia mogą stawiać biolodzy. Mózg jest narządem, ma swoją fizjologię, zasady funkcjonowania, historię osobniczą i, o czym trzeba pamiętać, ewolucyjną przeszłość. Można by więc przyjąć, że i bez znajomości zasad ewolucjonizmu od prac Darwina i Wallace'a, poprzez XX wieczną syntezę takich badaczy jak Fisher, Wright, Haldon, Simpson, Huxley, Mayr, prace Dobzhanskyego, Smitha, Hamiltona, Triversa (nie mówiąc już o koncepcjach memetyków), dyskusje o mózgu i jego znaczeniu w procesach dydaktycznych są także „klechdą, marną bajeczką a może nawet bajeczką futurystyczną dla analfabety...” (A. Lubina).

Wydaje mi się, że nie tędy droga. To, co chcemy opisać, obszar, na który wkraczamy próbując wiązać najnowsze odkrycia neuronauk z dydaktyczną tradycją i praktyką jest krajobrazem tak rozległym i bogatym, że nie wystarczy do tego jeden punkt widzenia. Trzeba nam zbioru ludzi, którzy będą gotowi słuchać siebie wzajemnie i w opisie tego, co widzą uzupełniać. Zresztą jedno z najciekawszych, moim zdaniem, odkryć przełomu wieków, odkrycie mechanizmów lustrzanych, wyjaśnia na poziomie neurologicznym (co oczywiście wiemy na innych poziomach nie od dzisiaj), że modele rzeczywistości, które tworzą nasze mózgi na prywatny użytek prawie nigdy nie są wyłącznie nasze. Tworzymy je w oparciu o to, co sądzą, widzą i czują inni. Gdyby nie to, miejsca upowszechniania opinii i sądów nie rosłyby tak w siłę, jak to widzimy w przypadku sieci.

Wymaganie jakiejś określonej drogi rozwoju intelektualnego, która jest niezbędna do włączenia się w dyskurs neurodydaktyczny sprawi, że każdy z nas odleci w sobie najlepiej znane regiony mentalnego wszechświata nie widząc innych. Osobiście wolę pozostać na powierzchni planety choć podróże do gwiazd kuszą mnie tak jak wszystkich.

Nasze mózgi rozwijają się bardzo wolno i mozolnie. Trzeba lat żeby dojrzały, a potem kolejnych żeby powolne procesy utrwalania śladów pamięciowych, mielinizacji, usprawniania komunikacji pomiędzy różnymi obszarami kory, dały ostatecznie efekt w postaci w pełni sprawnego mózgu. Wiele wskazuje na to, że jego ostateczne dojrzewanie jest procesem, który trwa dłużej niż życie naszych przodków w czasie, kiedy ich ciała (w tym mózgi) kształtował dobór naturalny. Mamy więc, być może, do czynienia ze swego rodzaju prezentem natury. Wydłużenie życia jednostki, jakie sami sobie sprezentowaliśmy dzięki kulturze, daje od niedawna (oczywiście w geologicznej skali czasu) szansę na wykorzystanie tych możliwości. Czy z tego faktu wynika usprawiedliwienie dla prymatu starszych nad młodszymi? Nie, bo ta sama biologia uczy nas, że jeśli chodzi o rozwiązywanie problemów w niepewnej przyszłości zdecydowanie lepiej sprawdzają się populacje zróżnicowane pod względem cech (genów). Podobnie z ludźmi, u których lepiej radzą sobie te społeczności, które składają się z członków myślących po swojemu i szukających własnych rozwiązań, zamiast bezkrytycznie patrzeć na gotowe, znane wcześniej. W poszukiwaniu nowych dróg, rozwiązań, pomysłów i doświadczeń mistrzami są jednak nie rozsądni dorośli, ale nierozważni nastolatkowie. Oni więc odpowiadają za wyjściową, przychylną przyszłości różnorodność. Biologia, w tym neurobiologia oczywiście, wyjaśnia tu miejsca i znaczenia każdego z uczestników procesu. W bezpiecznej przestrzeni społecznej tworzy się kompromis pomiędzy dążeniem młodych do poszukiwań i ich, często dla nich niebezpiecznym, poszukiwaniem nowych wrażeń a, w miarę już ustaloną i bezpieczną, wizją życia dorosłych.

To od czego trzeba zacząć, to odpowiedź na pytanie, czym właściwie jest neurodydaktyka, albo dokładniej, czym chcemy ją widzieć. Czy to edukacyjna wizja neurobiologów? Czy naukowa inspiracja dydaktyków? Sposób na zmianę systemu? Pomysł na nową edukację? A może to dialog pomiędzy nauką a praktykami, może istotą jej znaczenia jest siła, z jaką zjawiska znane praktykom (nauczycielom/wychowawcom, ale także rodzicom i opiekunom) mogą być wyjaśniane i interpretowane w kontekście odkryć neurobiologii?

Osobiście uważam, że właśnie to jest podstawowym znaczeniem neurodydaktyki. Prowadząc wykłady, spotkania, szkolenia i setki rozmów na ten temat z osobami bezpośrednio zaangażowanymi w działania szkoły, staram się z neurodydaktycznego przekazu wyszukiwać to, co budzi widoczne reakcje, zastanawia, pozwala zrozumieć, zaskakuje, albo łamie utarte ścieżki myślenia. Z takich właśnie elementów buduję własny przekaz na ten temat, w tych obszarach szukam i stawiam pytania nauce.

Każdy nauczyciel wie, że gotowe recepty nie istnieją, najbardziej nawet uznane metody czasem zawodzą, najgłębsza refleksja może być bezradna wobec problemu, który wyłoni się nagle zza zakrętu szkolnego korytarza. Rozmawiać można jedynie na temat przyczyn i konsekwencji, odpowiedzialności i potencjalnych możliwości. Musimy pytać i być gotowi, nierzadko, na jedynie częściowe odpowiedzi.

Notka o autorze: Dr Marek Kaczmarzyk – biolog, neurodydaktyk i memetyk, autor podręczników i programów szkolnych oraz kilkudziesięciu artykułów i książek z zakresu biologicznych i memetycznych kontekstów kształcenia i wychowania. Od roku 2000 kierownik Pracowni Dydaktyki Biologii (Wydział Biologii i Ochrony Środowiska, Uniwersytet Śląski). Koordynator wielu projektów edukacyjnych, twórca programów i wykładowca studiów podyplomowych dla nauczycieli. Od 2012 prowadzi Uniwersyteckie Towarzystwo Naukowe działające w ramach Centrum Kształcenia Ustawicznego UŚ.

***

Na temat dobrych neurobiologii i neurodydaktyki przeczytaj także w Edunews.pl:

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie