O szkole powinni decydować dyrektorzy, a nie urzędnicy

Narzędzia
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

jakość edukacjiRozmowa z dr Małgorzatą Jantos, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego, zwolenniczką wprowadzenia bonu oświatowego, pomysłodawczynią „bonu sportowego” w Krakowie. Prowadzi również Szkoły Prywatne, które ukończyło kilka tysięcy młodych ludzi. Wywiad z dr Jantos ukazał się w styczniu br. na łamach Gazety Szkolnej.

 

GS: Jest Pani wielką zwolenniczką wprowadzenia bonu oświatowego i ekspertką w tych sprawach.

MJ: Dlaczego uważam, że mam pełne prawo i wystarczające kompetencje do zabierania głosu w dyskusjach dotyczących liberalizacji rynku edukacyjnego? Mogę mówić na ten temat z pełnym przekonaniem, ponieważ od 18 lat prowadzę prywatna szkołę, która była jedną z pierwszych niepublicznych szkół w Polsce.

GS: Kraków jako pierwsze miasto w Polsce ma wprowadzić od przyszłego roku szkolnego imienny bon sportowy o określonej wartości. Miałby go dostać każdy uczeń i wykorzystać tak, jak będzie chciał: na przykład na zajęcia z siatkówki, szermierki lub na basenie. Jest Pani pomysłodawczynią i spiritus movens tej inicjatywy. Na ile realne jest wprowadzenie bonu sportowego od przyszłego roku?

MJ: Bon zajęć sportowych i pozalekcyjnych, czyli czasu wolnego jak go nazwałam, świetnie funkcjonuje na Słowacji, ale w Krakowie żaden z urzędników nie chciał do tej pory spotkać się ze mną w tej sprawie, żeby choć wstępnie zapoznać się z pomysłem. Dzwoniło za to do mnie kilku prezydentów miast, którzy prosili o bliższe informacje.

Wpadłam na pomysł i przygotowałam założenia jego realizacji. Rodzice są nim bardzo zainteresowani, urzędnicy z urzędu miasta – niestety nie. Tyle mogę na dzień dzisiejszy w tej sprawie powiedzieć. Chociaż, oczywiście, jeszcze raz będę starała się zainteresować sprawą bonu prezydenta i jego współpracowników. Mam po swojej stronie nie tylko rodziców, ale i związki zawodowe.

GS: Bon sportowy to zaledwie przygrywka do czegoś większego, co chciałaby Pani zrealizować – do wprowadzenia autentycznego bonu edukacyjnego, który uruchomi wolny rynek w oświacie.

MJ: Uważam, że pomysł jest dobry i jeżeli ktoś mnie pyta, jak to sobie wyobrażam, to mówię o idei, która w kilku miastach już działa. Ostatnio wprowadzono bon w Świdniku, dzięki zaangażowaniu dyrektora wydziału edukacji Stanisława Szelewy, który jednak niewiele by zrobił bez współpracy z podległymi mu urzędnikami. To, czy gdzieś uda się lub też nie wprowadzić bon edukacyjny w ogromnej mierze zależy od dobrej woli i zaangażowania urzędników. Mówię na podstawie moich doświadczeń z urzędnikami krakowskiego magistratu. Wprawdzie jako radna reprezentuję władzę ustawodawczą, jednak niewiele mogę zrobić, jeżeli nieustannie natrafiam na urzędniczy opór, jeżeli ci ludzie nie są nawet zainteresowani tematem i a priori są na „nie”. W takiej sytuacji właściwie nie ma szans na powodzenie.

GS: Wprowadzenie bonu oświatowego zależy od dobrej woli urzędników?

MJ: Zorganizowałam juz trzy duże konferencje, na które zaprosiłam ludzi, którzy zliberalizowali zasady funkcjonowania oświaty na swoim terenie i wprowadzili wolny rynek, oczywiście na tyle, na ile istniejące przepisy oświatowe pozwalają. Zrobiono to np. w Koszalinie, Kwidzynie, Świdnicy, Poznaniu. Wrocław jest już dalej niż Kraków. Na jednej z konferencji był obecny nawet minister edukacji ze Słowacji, gdzie jako rozwiązanie systemowe funkcjonuje bon edukacyjny na zajęcia pozalekcyjne.

GS: Słowacy zapowiadali swego czasu rozszerzenie bonu na zajęcia obowiązkowe i wprowadzenie klasycznego bonu edukacyjnego.

MJ: Mieli tak zrobić, ale akurat zmienił sie rząd. Obywatele zrezygnowali z liberalnego modelu państwa na rzecz państwa opiekuńczego, dlatego zawieszono działania rynkowe w oświacie. Wracając jednak do konferencji, poprzyjeżdżali na nie dyrektorzy wydziałów edukacji z całego kraju. Przyjechało siedmiu prezydentów miast, ale nie było żadnego urzędnika od prezydenta Majchrowskiego.

Wie pani, na czym polega istota bonu? Na tym, że szkoły maja wolność decydowania o swoich sprawach. Oznacza to, że to dyrektor szkoły, a nie urzędnik ma decydować, czy stać go na utworzenie w kolejnym roku szkolnym dwóch czy trzech klas. Wszyscy wiemy, że zawód urzędnika powstał w czasach, gdy ludzie byli niepiśmienni i nie potrafili czytać. Służba urzędników polegała na tym, że pisali to, co człowiek chciał powiedzieć czy napisać, bo sam tego nie potrafił.

W tej chwili wszyscy potrafimy czytać i pisać, w związku z tym funkcje urzędnicze powinny zostać ograniczone do niezbędnego minimum. Niestety, dzisiaj mamy do czynienia z całkowicie odwrotną tendencją. Rola urzędników wzrasta. Dzisiaj jest tak, że na spotkanie z kierownictwem wydziału edukacji przychodzi grupa dyrektorów, którzy nisko się kłaniają, i jeden z nich pyta, czy mógłby utworzyć dwie nowe klasy? Na co dyrektor wydziału odpowiada, ze może utworzyć tylko jedna klasę, a pan Jan Nowak może utworzyć pięć klas, a inny dyrektor cztery klasy. Na jakiej zasadzie to działa?

GS: Na całkowitej uznaniowości. Myślę, że w takich sytuacjach znaczenie ma to, jak nisko dyrektor potrafi się kłaniać urzędnikom, którzy podejmują decyzje dotyczące funkcjonowania ich szkoły.

MJ: To tak, jakby do firmy czy sklepu przychodził urzędnik i mówił szefowi, jaką ilość towaru ma wyprodukować czy sprzedać. O wszystkich sprawach dotyczących funkcjonowania szkoły powinien decydować dyrektor-manager. To on ma decydować, ilu uczniów przyjmie do szkoły i ile utworzy klas, bo tylko on najlepiej orientuje sie, czy będzie w stanie temu podołać. To jest pierwsza sprawa. Jeżeli jego szkoła jest tak popularna, ze spokojnie może otworzyć jeszcze dwie klasy, to czemu nie miałby tego zrobić?

Druga sprawa, dyrektor patrząc na swoje wewnętrzne potrzeby, może zrezygnować np. z zatrudnienia bibliotekarza, a na jego miejsce przyjąć ogrodnika, gdyż uzna za ważną wychowawczo kwestie estetyki otoczenia szkoły, albo rezygnuje ze sprzątaczki, a jej obowiązki zleci firmie zewnętrznej, albo zamiast pracownika świetlicy zatrudni logopedę, bo taka jest potrzeba.

Myślę, że w przyszłości sytuacja będzie wyglądała tak, że szkoły same będą się specjalizowały. To znaczy nie będzie tak, jak jest teraz, że z nauczyciela robi się urzędnika państwowego po to, by mógł, jak tylko uczeń coś przeskrobie, (nie mówię wcale o pobiciu), natychmiast zgłosić to do prokuratury. Przecież to jest chora sytuacja. Czy tak postępują pedagodzy? Jestem przekonana, że w naturalny sposób zostanie uruchomiony mechanizm tworzenia szkół, które będą się specjalizowały w pracy z trudnymi dziećmi i młodzieżą. A nauczyciele w tych szkołach będą świetnie sobie radzili w trudnych wychowawczo sytuacjach nie dlatego, ze chroni ich prawo, ale dzięki swoim wysokim kompetencjom wychowawczym.

GS: Warunkiem przetrwania szkół na wolnym rynku edukacyjnym będzie ich specjalizacja?

MJ: Już w tej chwili tak się dzieje. W Krakowie są licea X czy Y – nie podaje nazwy, żeby tych szkół nie reklamować – do których idą sami olimpijczycy. To dowód, że konkurencja na rynku oświatowym jest już faktem, więc szkoły same zaczynają się specjalizować.

Gdy pytałam dyrektora szkoły X, co zrobi, jeżeli do jego szkoły będzie chciało przyjść znacznie więcej niż obecnie uczniów spełniających przyjęte przez szkołę kryteria, odpowiedział, ze wynajmie dodatkowe budynki i będzie nadal robił to, co robi, ponieważ jego szkoła cieszy sie popularnością, a uczniowie chcą mieć świadectwo jej ukończenia.

Placówki, o których mówię, to szkoły specjalizujące się w kształceniu olimpijczyków, ale obok nich będą się tworzyły szkoły dla dzieci z ADHD, dla dzieci mających problemy emocjonalne, których tłem jest trudna sytuacja rodzinna, dla młodzieży uzależnionej od nałogów itp. Te szkoły będą się tworzyły samoistnie, a rodzice posyłający do nich dziecko będą wiedzieli, ze zapewniają mu opiekę wyspecjalizowanego personelu pedagogicznego.

GS: Czy nie istnieje niebezpieczeństwo, że zwłaszcza szkoły pracujące z trudnymi uczniami, zamiast na jakości nauczania weryfikowanej wynikami egzaminów zewnętrznych będą się skupiać raczej na rozwiązywaniu problemów wychowawczych? Słowem – będą prezentowały niski poziom nauczania?

MJ: Są zewnętrzne egzaminy, które mówią o tym, w jaki sposób i na jakim poziomie pracują szkoły, zatem mamy kontrole. Dzięki temu mechanizmowi nie jest już w tej chwili potrzebna decyzja żadnego urzędnika. Dlatego stawiam pod znakiem zapytania funkcjonowanie kuratoriów oświaty, bo co to znaczy, ze kuratorium dba o poziom szkoły? O poziom szkoły powinni dbać jej dyrektorzy, ponieważ będą widzieli, że od tego będzie zależało ich być albo nie być, bo rodzice albo poślą dzieci do ich szkoły, albo nie. I koniec, kropka.

Jeśli dyrektor szkoły stwierdzi, że wyniki egzaminu zewnętrznego są niezadowalające, to będzie się starał przekonywać rodziców, że wprawdzie szkoła ma trochę słabsze wyniki nauczania, ale za to jest bezpieczna, nie ma w niej dilerów narkotyków, placówka ma wypracowane świetne procedury reagowania na podejrzane zachowania uczniów.

Poza tym zatrudnia tylko takich nauczycieli, którzy potrafią sobie świetnie radzić z trudną młodzieżą, a ci, którzy bratają się z uczniami albo sobie nie radzą pedagogicznie, są natychmiast zwalniani. Atutem innej szkoły może być tak wysoki poziom nauczania, że wszyscy jej absolwenci wyjeżdżają do Harvardu albo dostają się na wyższe uczelnie w Polsce.

GS: Główny argument przeciwników bonu edukacyjnego jest taki, że jego wprowadzenie przyczyni się do pogłębienia nierówności edukacyjnych. Szkoły najlepsze będą dostępne tylko dla wybranych, czyli uczniów osiągających najlepsze wyniki na egzaminach.

MJ: Ależ ta nierówność występuje już dzisiaj. Każdy rodzic wie przecież, jakie są możliwości jego dziecka. Czy ma ono szanse kontynuować naukę w szkole dla najwybitniejszych uczniów, czy też szanse te są niewielkie. W drugim przypadku raczej pośle dziecko do szkoły, która będzie zwracała uwagę na jego inne uzdolnienia, np. plastyczne, muzyczne, sportowe itp.

GS: Pani zdaniem przeciwnicy bonu opierają swoją argumentację na fałszywym założeniu, że wszyscy jesteśmy jednakowo, a na dodatek równie wyjątkowo, uzdolnieni?

MJ: Tak jest na całym świecie. Wszyscy nie możemy być modelkami, geniuszami czy olimpijczykami, ale może się okazać, że sprawiający trudności wychowawcze uczeń ma duszę artystyczną. To jest tak, jak z robieniem zakupów w sklepie: niektórych stać na kupno strojów Deni Cler, a inni ze względu na zasobność portfela muszą zadowolić się czymś tańszym. Człowiek w całym życiu musi się liczyć ze swoimi możliwościami – intelektualnymi, emocjonalnymi czy wreszcie finansowymi.

Największą wartością bonu edukacyjnego jest zwiększenie odpowiedzialności rodziców za edukację swoich dzieci. Dla każdego rodzica dobro dziecka jest najważniejsze, dlatego tak niezmiernie istotne są decyzje dotyczące jego edukacji. Oczywiście, jeżeli rodzice nie są zainteresowani rozwojem dziecka, to nic na to nie poradzimy. Nikogo nie zmusimy do tego, by posyłał dziecko na studia. Nie ma takiego przymusu, poza oczywiście obowiązkiem nauki do 18. roku życia. Wydaje się jednak, że w momencie gdy rodzice dostaną do ręki namacalny dokument uprawniający ich do podjęcia decyzji o wyborze szkoły dla dziecka, wyraźnie wzmocni to poczucie ich odpowiedzialności za ten wybór.

GS: Istnieją pomysły modyfikacji bonu polegające np. na zabronieniu dyrektorom szkół wprowadzania selekcji uczniów.

MJ: Ta propozycja jest nie do przyjęcia. To właśnie dyrektorzy szkół mają decydować w całości o swoich szkołach. Mało tego, do najbardziej elitarnych pod względem intelektualnym szkół będą mogły uczęszczać dzieci nie tylko z rodzin o wysokim poziomie wykształcenia, ale z rodzin o niskim kapitale intelektualnym. To jest mocny argument na rzecz bonu edukacyjnego. Wszystkich, niezależnie od sytuacji materialnej, będzie stać na posyłanie zdolnych dzieci do najlepszych szkół.

Teraz mamy taką sytuację, że jeżeli dziecko z uboższej rodziny nie dostanie się do świetnej szkoły publicznej, to nie ma możliwości skorzystania z wysokiej jakości oferty szkół niepublicznych i trafia do przeciętnego publicznego liceum. Doświadczenia z bonem edukacyjnym w Porto Rico pokazały, że pomaga on uczniom z rodzin ubogich w podejmowaniu nauki w najlepszych szkołach.

GS: Wprowadzenie bonu może całkowicie odmienić edukacyjny krajobraz Polski i w sposób diametralny odwrócić dzisiejsze proporcje między szkolnictwem publicznym a niepublicznym.

MJ: Doświadczenie pokazało, że gdy wprowadzano bon edukacyjny, to następowało zjawisko masowej likwidacji szkół prywatnych, ponieważ bon to sprawa wolnego wyboru ucznia i jego rodziców.

GS: Bon oznacza jednak rewolucję w powszechnej społecznej świadomości, bo przecież przez ostatnie kilkadziesiąt lat przyzwyczailiśmy się do tego, że to państwo jest gwarantem powszechnego dostępu do edukacji.

MJ: Czy chciałaby pani, żeby państwo zaczęło się wtrącać do sklepów, restauracji czy kawiarni, żeby wybierało i decydowało, które z nich mają być lepsze? Państwo nie musi być żadnym gwarantem, bo – powtórzę to po raz kolejny – są egzaminy zewnętrzne i one wszystko załatwiają. To one powinny być gwarantem i decydować o losach szkół. Jednostki samorządu terytorialnego mają jedynie pilnować, żeby bony docierały do szkół i żeby wszystkie dzieci realizowały obowiązek szkolny.

GS: Ale w świetle obecnie obowiązującego prawa samorządy lokalne są odpowiedzialne za całość prowadzonej na ich terenie polityki oświatowej, a to coś więcej niż pilnowanie, czy pieniądze trafią do szkół.

MJ: A kto powiedział, że musi być prowadzona jakaś lokalna polityka oświatowa? Moim zdaniem powinna być ona ograniczona do potrzeb dzieci, to one powinny decydować, gdzie i jaka szkoła powstanie.

GS: Niezbędna jest jednak zmiana świadomości urzędniczej.

MJ: Rzeczywiście, urzędnik nie powinien mieć prawa o niczym decydować. On ma być tym, który porządkuje papiery. Chyba nikt z nas nie życzyłby sobie, żeby urzędnik zza biurka decydował o tym, do której mamy chodzić apteki?

GS: My nie, ale oni zapewne jak najbardziej, bo urzędnicy nieustannie musza potwierdzać potrzebę swojego istnienia.

MJ: I tu leży istota problemu. Urzędnicy nie są zainteresowani wprowadzaniem bonu, ponieważ w ten sposób odbiera im się władzę. Nie można jednak w nieskończoność zdawać się na ich łaskę i niełaskę. Kilka lat temu dyrektorka jednej ze szkół krakowskich chciała utworzyć klasę brydżową. Kiedyś Polacy byli mistrzami świata w grze w brydża, dodam, że jest to sport olimpijski.

Włączyłam się w tę inicjatywę, bo pomysł był naprawdę oryginalny i stwarzał możliwość rozwijania całkiem nowych umiejętności uczniów. Zainteresowanie młodzieży było na tyle duże, że spokojnie można było utworzyć nowa klasę. Był też trener, gotowy do prowadzenia zajęć w szkole. Niestety, urzędnik się nie zgodził i nie przyznał dyrektorowi dodatkowych godzin. W ten sposób upadł świetny pomysł. A przecież skoro byli zainteresowani rodzice i uczniowie, to dlaczego zostali zignorowani? W normalnych, to znaczy rynkowych, warunkach to dyrektor szkoły powinien decydować o utworzeniu nowej klasy. I wcale nie musi to oznaczać dodatkowych wydatków, bo za zgodą rodziców można na przykład ograniczyć działanie świetlicy szkolnej. Gdyby wówczas, 4 lata temu, udało się utworzyć klasę brydżową, to dzisiaj ta szkoła miałaby poważny atut, że w niej trenuje się doskonałych brydżystów, którzy wygrywają na olimpiadach i w ten sposób rozsławiają nasz kraj. Na fali sukcesu klasy brydżowej mogłaby powstać równoległa klasa szachowa.

Wielka szkoda, ze tak ciekawy pomysł utrącili urzędnicy. To tylko jeden przykład bezmyślnego, a zarazem szkodliwego ingerowania urzędników w sprawy szkoły. Jestem przekonana, że w całej Polsce podobne przykłady można by mnożyć. Dlatego uważam, że urzędnicy oświatowi powinni być jedynie od przekładania papierów i pilnowania, by był w nich porządek. Ich wpływ na podejmowane decyzje ma być minimalny.

GS: Oznacza to, że musieliby dobrowolnie oddać swoją władzę, a przecież na to nikt się nie zgodzi.

MJ: Władze niekiedy trzeba od urzędników wyszarpać. O wszystkim, co się dzieje w szkołach, maja decydować dyrektorzy.

GS: Skoro jednak chcemy oddać dyrektorowi władzę, którą dzisiaj ma urzędnik, należałoby zmienić wobec niego oczekiwania. Oprócz kompetencji zawodowych powinien on wykazywać się sprawnością organizacyjna i umiejętnością podejmowania decyzji.

MJ: Całkowicie sie z panią zgadzam. Zwiększenie odpowiedzialności jest naturalną konsekwencją większej autonomii dyrektorów. Proszę jednak zobaczyć, jak się dzisiaj wybiera dyrektorów i jaka oni mają wiedzę o swojej szkole. Byłam uczestnikiem dość bulwersującej sytuacji. Jestem członkiem Komisji Edukacji Rady Miasta. Na jednym z posiedzeń pytaliśmy najbardziej zadłużone w przedsiębiorstwie grzewczym (MPEC) szkoły o powody tego stanu rzeczy. Jedna z dyrektorek zadłużonych placówek popatrzyła na mnie bardzo zdziwiona, po czym odwróciła się i zapytała stojąca z tyłu kobietę: „Pani Zosiu, my jesteśmy zadłużeni w MPEC-u?”. Dyrektor-manager nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Ja chodzę po swojej szkole i reguluje ogrzewanie, ponieważ wiem, że jestem za to odpowiedzialna i oznacza to dla mnie bardzo konkretne oszczędności. Dyrektorzy szkół publicznych nie są za nic odpowiedzialni, bo nawet gdy któryś z nich zrobi wszystko, by ograniczyć wydatki na światło czy ogrzewanie, to nie przełoży się to na jego finansową korzyść, a jedynie na utrzymanie szkoły, w której pani Zosia wie o długach, a pani dyrektor nie ma o nich zielonego pojęcia.

W tej chwili wybiera się na dyrektora szkoły osoby najmniej konfliktowe, takie, które są znajomymi lub mają dobre dojścia w urzędzie. Nikt nie patrzy na to, aby wybierać managerów z prawdziwego zdarzenia, ludzi, którzy mają wizję szkoły. Dlatego wybór dyrektorów wymaga zmian. Powinien się on odbywać poza urzędnikami. To nie oni powinni decydować, ale przede wszystkim grono rodziców – bo to są ich pieniądze, i nauczycieli – bo to ich miejsce pracy, a od właściwego wyboru dyrektora zależy, czy powiedzie ich do zwycięstwa, czy do klęski.

GS: Po raz kolejny pozwolę sobie przywołać argumenty przeciwników bonu edukacyjnego. Ostrzegają oni, że mechanizm „pieniądze idą za uczniem“ może doprowadzić do sytuacji, gdy dla większego zysku dyrektorzy będą tworzyli klasy o wiele liczniejsze niż obecnie.

MJ: Bardzo mnie irytuje, jak ktoś sugeruje, że dyrektorzy będą tworzyli klasy 50-osobowe, żeby minimalizować koszty. To tak, jakby ktoś świadomie chciał popełnić samobójstwo firmowe. Nie wyobrażam sobie, że ktoś, kto jest prawdziwym pedagogiem, prowadzi szkołę i zamierza ją prowadzić dłużej niż rok, odważyłby się zrobić coś takiego. Przecież taka decyzja oznaczałaby, że w kolejnym roku nie będzie miał chętnych i będzie zmuszony zamknąć szkołę. Dlatego jeżeli ktoś mi mówi, że bon spowoduje tworzenie klas 50-osobowych, odpowiadam, że trzeba nie mieć bladego pojęcia o wolnym rynku edukacyjnym, żeby tak mówić. Liczebność klas zależy od wyliczeń dyrektora. Wiem, że w mojej szkole opłacalna klasa to taka, która liczy 15 osób. I to jest zapewne optymalna liczba w szkole, do której chodzą uczniowie, nazwijmy ich trudni, ale w szkole dla olimpijczyków, której uczniowie są samodzielni i dają gwarancje sprawnej realizacji procesu nauczania, klasy mogą być liczniejsze – nawet do 30-osobowych.

O tym, jak działają mechanizmy rynkowe w edukacji, można się przekonać na przykładzie przedszkoli czarterowych. W Krakowie funkcjonuje już kilka przedszkoli, które udało się wyczarterować, to znaczy nie są one całkowicie prywatne – dzierżawią od miasta budynki i realizują własne programy edukacyjne i wychowawcze. Ludzie prowadzący te przedszkola proponują dzieciom po południu ciekawe zajęcia, żeby rodzice mogli spokojnie pracować, a w soboty i niedziele organizują akcje „rodzice jada na narty, a my się świetnie bawimy”. Wszystko dlatego, że najważniejsza zasada rynkowa brzmi „klient – nasz pan”, więc patrzą, jaki jest klient i czego oczekuje. Instytucja, która walczy o klienta, wymyśla coraz lepsze formy, by go do siebie przekonać. To jedyna gwarancja przetrwania. Jakość jest wymuszana przez konkurencję i żaden urzędnik nie jest w stanie zastąpić tego mechanizmu.

GS: Tylko czy nie jest tak, że słabe szkoły przetrwają, bo przecież gdzieś będą się musieli podziać uczniowie, którzy nie dostali się do innych szkół?

MJ: Jeżeli przyjmą taką koncepcję, że biorą najsłabszych, żeby im pomóc, to nie widzę w tym nic złego. Gorzej, gdy szkoła nie wymyśli niczego i wtedy po prostu zniknie.

GS: Czy prócz oporu „materii urzędniczej“ widzi Pani jakieś inne przeszkody na drodze do wprowadzenia bonu edukacyjnego?

MJ: Bardzo dużą opozycją wspierającą urzędników w walce przeciwko wolnemu rynkowi są związki zawodowe. One bronią przecież jedynie interesów nauczycieli, a nie uczniów. Z powodu związków zawodowych nie udało się Radzie Miasta wystartować z kolejnymi 9 przedszkolami, które miały zostać wyczarterowane, ponieważ związkowcy zaczęli jeździć po przedszkolach i namawiać wychowawczynie do odstąpienia od decyzji.

GS: Wprowadzenie bonu to konieczność zmierzenia się z istniejącymi obecnie przepisami. Jak dyrektor ma być managerem, skoro na 90 procent wydatków praktycznie nie ma żadnego wpływu?

MJ: Nikt nie mówi na razie o tym, jak bon ma wyglądać. Może okazać się, że szkoły, które zabezpieczą swoje istnienie, dostaną z puli remontowej dodatkowe pieniądze np. z funduszy na renowację zabytkowych budynków (w Krakowie jest to SKOSK) czy z funduszy europejskich. Można też dogadać się z firma, która przeprowadza termomodernizacje budynków, że wykona prace, a jej koszty będą później spłacane z pieniędzy zaoszczędzonych na energii. Można też zatrudnić zewnętrzną firmę sprzątającą, która dla obniżenia kosztów obsługiwałaby kilka szkół. Możliwości zmniejszenia wydatków jest wiele.

GS: A co z nauczycielami, konkurencją w zawodzie i zwalnianiem najsłabszych?

MJ: Jeżeli człowiek nie realizuje się jako sprzedawca, to niech spróbuje czegoś innego. Jeżeli ktoś nie realizuje się jako nauczyciel, to też powinno być naturalną rzeczą, że odchodzi z zawodu, tym bardziej, że mamy tak pokaźną rzeszę nauczycieli. W Krakowie na jednego nauczyciela przypada 11 uczniów. W warunkach rynkowych w najlepszych szkołach będą pracować najlepsi nauczyciele, pozostali znajda pracę w słabych placówkach, a jeżeli nie będą się starali, to słaba szkoła po prostu upadnie, a jej pracownicy będą zmuszeni szukać pracy poza oświatą. Bycie dobrym nauczycielem to nie jest sprawa kokietowania ucznia czy ulgowego traktowania, bo mamy egzaminy końcowe i jeżeli nauczyciel nie przygotuje ucznia tak, żeby zdał egzamin z jak najlepszym wynikiem, jeżeli nie pobudzi go ambicjonalnie, szkoła będzie miała złą opinię. To rynek powinien decydować o sieci szkół, a nie urzędnicy. Urzędnik powinien być tylko po to, by przyjść do szkoły i zapytać dyrektora, ile otwiera klas w najbliższym roku i wpisać podana przez dyrektora liczbę do ewidencji.

Nie awanturujemy się z powodu zwolnień pracowników na stacjach benzynowych. Są zwolnienia, bo nie ma zapotrzebowania na takich pracowników. Jest oczywiste, że jeżeli na jednego nauczyciela przypada 11 uczniów, a klasy są w znacznej części przeładowane, to znaczy, że wielu z nauczycieli wykorzystuje swoje przywileje (np. korzystając z urlopów na podratowanie zdrowia).

Zawód nauczyciela jest wyjątkowo luksusowo traktowany ze względu na liczbę godzin w tygodniu. Jest on dobrze zabezpieczony przez Kartę Nauczyciela, z którą nikt na razie nic nie chce zrobić. Warto sobie uświadomić, ze nie ma karty policjanta, karty pielęgniarki czy lekarza, a przecież to też są zawody zaufania publicznego, które na dodatek bardzo obciążają psychikę. Mówienie w dzisiejszym świecie o konieczności ochrony stanowiska nauczyciela za wszelka cenę jest absurdalne.

GS: Jednak bon może okazać się nieskuteczny na obszarach wiejskich.

MJ: Takie koncepcje już były i w związku z tym na obszarach wiejskich w niektórych przypadkach powinny zostać oszacowane inne wartości bonu. Poza tym nie wyobrażam sobie, żeby wartość bonu była ustalana odgórnie przez ministerstwo. O tym powinny decydować samorządy, a w niektórych uzasadnionych przypadkach wójtowie czy sołtysi będą mogli wystąpić o dodatkowa wartość bonu ze względu na niekorzystne położenie szkoły.

GS: Z naszej rozmowy wynika, że zanim wprowadzimy bon edukacyjny, przyjdzie nam się zmierzyć z wieloma trudnościami, z których największą i najpoważniejszą wydaje się być władza urzędników. Utraty wpływów i znaczenia mogą obawiać się nie tylko urzędnicy niższych szczebli, ale przyzwyczajeni do rządzenia oświatą urzędnicy ministerialni. Oby się nie okazało, że to im w pierwszej kolejności trzeba będzie wyszarpywać władze, w której przez lata zasmakowali.

(Gazeta Szkolna, 18.01.2008)

Jesteśmy na facebooku

fb

Ostatnie komentarze

E-booki dla nauczycieli

Polecamy dwa e-booki dydaktyczne z serii Think!
Metoda Webquest - poradnik dla nauczycieli
Technologie są dla dzieci - e-poradnik dla nauczycieli wczesnoszkolnych z dziesiątkami podpowiedzi, jak używać technologii w klasie